Fast koszyk na madżondez
- pannazosia1
- 7 maj 2019
- 2 minut(y) czytania
Nie wiem czy ta historia powinna ujrzeć światło dzienne...
Zostaliśmy zaproszeni na urodziny. Impreza była organizowana w lokalu-raczej-nocnym.
Poza tym, że jestem Szydłowijem, to jestem także dość początkująca matką. Mąż, z kolei jest z zawodu Wybitnym Specjalistą, ale jako tata raczkuje podobnie jak i ja.
Dziecko jest w wieku "przedpodrzutkowym". Jednocześnie my bardzo nie lubimy rezygnować z okazji do spotkania się ze znajomymi. Jesteśmy stwory raczej społeczno-stadne. Jak zapraszają, to idziemy. Wychodzimy dopiero gdy nas o to błagają. Pojawienie się dziecka, to na tyle nowe doświadczenie, że jeszcze do nas nie dotarło, że można gdzieś nie móc iść.
Najpierw panika, że nas do ludzi proszą i co z tym zrobić, jaką decyzję należy podjąć ? Uradzilismy, że może jedno z nas zostanie, ale jakoś ochotników nie było.
Potem chcieliśmy losować zapałki. Ostatecznie, jako rodzice level elementary i nieogarniający dżungli rodzicielstwa, podjęliśmy decyzje:
"Bierzemy potwora ze sobą, co może się stać, przecież to tylko lokal, nocny, nie-nocny,
nie takieśmy rzeczy w harcerstwie robili. Co nas może zaskoczyć...".
Zadowoleni z siebie, z rozwianym włosem i nadzieją na twarzy, wymyśliliśmy prezent, gdyż event był wielookazyjny i niezwykle godny. Odzież wybrana, nogi ogolone,
do imprezy jeszcze dwa tygodnie. Git.
W międzyczasie zostało wymyślone, że może zamiast kwiatów, to wręczymy słoiczki z majonezami. Znamy jubilatkę. Kwiaty zwiędna, a majonez w sercu pozostanie wiecznie.
Pomysł zacny, zatwierdzony przez kworum. Do imprezy 10 dni. Git.
Dzień wydarzenia. Dary leżą i czekają na spakowanie, wałki na głowie zakręcone, paznokcie schną, jeansy wyprasowane, rzeczy dziecka spakowane, dziecko wykąpane. Git.
W tym wszystkim Mąż wjeżdża na białym koniu(ale tak raczej jak ten Pan z Old Spice'a... tyłem) z pytaniem dnia:
Ej... a taki koszyk to się długo robi, A?
Przy Was... Moje Aniołeczki, to ze dwa tygodnie będzie- odpowiedziałam mieszając w jarzynowej.
(Tutaj muszę dodać, że Mąż jest umiarkowanym entuzjastą mojego rękodzieła. tj szanuje, wspiera, ale przy łóżku by sobie nie postawił.)
Bo tak sobie myślę...że na te majonezy... to taki koszyk byłby idealny. No wiesz taki, jak Ty robisz.
Spojrzałam na zegarek- 13:30
Bez szans.
Szkoda, fajnie by było.
17:30- doszywałam metkę do finalnego produktu. Koszyk wyszedł ładniejszy niż zwykle i mieści 6 słoiczków majonezu. Za działania expressowe "sczardżowałam" Męża podwójnie, ale nie protestował onieśmielony mym kunsztem.

Zobaczyłam w jego oczach podziw. Pierwszy raz od kiedy...a z reszta nie ważne.
Dziecko w lokalu budziło zachwyt wymieszany z politowaniem. Bo niby fajnie, ale po co.
Ja też uważam, że to nie są miejsca dla maluchów, bo alkohol, brzydkie słowa i karaoke.
Z drugiej strony, życie, zwłaszcza w piątki, tak właśnie wygląda.
Małego Potwora Lady Pank i Perfect koi, samozwańcze śpiewy niepokoją. Nie zaskoczyło nas nic. Koszyk został przyjęty z entuzjazmem.
W starciu ze światem zewnętrznym, to my okazaliśmy się górą.
Miłego poniedziałku. W zasadzie już wtorku.



Komentarze